Festiwal w Kaliszu
Mówią, że jedna z głównych nagród dostała się w Kaliszu (na dorocznym festiwalu) zespołowi Teatru Starego. Za to, że po tak długim czasie od premiery Wyzwolenia to dzieło teatralne Konrada Swinarskiego nie rozpadło się jeszcze. Werdykt ten jest i wstydem, i reprymendą, i biciem na alarm. Nagrodzono zespół aktorski za spełnienie podstawowego obowiązku, wyróżniono przedstawienie za to, że po wielokrotnym odegraniu ciągle jeszcze jest przedstawieniem, a nie improwizacją. Któż jednak powie, że niesłusznie? Na tym samym festiwalu aktorzy z Opola pokazali spektakl, który nie podobał się, został źle przyjęty. I nikt nie chciał wierzyć, że nie tak dawno temu było to bardzo dobre przedstawienie. Ale minął przecież czas jakiś, był objazd, nikt przedstawienia nie mógł kontrolować, zresztą scena była w Kaliszu nieodpowiednia, trudno było dla jednego spektaklu przebudowywać salę. Oto argumenty powtarzające się stale, notorycznie, od lat, już nawet nie powtarzające się, już samo przez się zrozumiałe. Wstyd. Nagrodzili w Kaliszu za to, że raz przecież dzieje się inaczej. Oto, do czego sprowadza się sens i znaczenie wysiłków i kosztów, które w Kaliszu włożono w organizację festiwalu. Doświadczenie to kojarzy się, ale jakoś dziwnie, z podniosłym tonem, jaki rozbrzmiewał na niedawnym zjeździe SPATIF: tyle tam mówiono o tym, na czym polega doniosła funkcja społeczna teatru. Ale na czym polegają jego obowiązki?
Teatr .